Autentyczny nacjonalizm czy próba zwrócenia na siebie uwagi?

Na początek kilka słów wyjaśnienia. Wielu twierdzi, że nie należy mieszać spraw wirtualnych z realnymi i na odwrót. Błąd! Wszystko co powstało w wirtualu ma swoje źródła (choćby i bardzo głębokie) w realu. Wiele, jeśli nie wszystkie zjawiska, przebiegają tak samo, albo w sposób przynajmniej bardzo zbliżony do siebie. Dlatego dziwią mnie wszelkie próby odcinania się od świata realnego. Wystarczy tylko spojrzeć na nazwy niektórych państw, by zauważyć jak bardzo nasze dwa światy są z sobą powiązane. Przykład? Z górnej półki: Sarmacja. Od końca XVI wieku za Sarmatów uważała się polska szlachta, jakoby pochodząca od starożytnego ludu zamieszkującego obszary między Dolną Wołgą a Donem. Dalej: Austro-Węgry, Królestwo Francji, RON, etc… Kulturowo, też nie jesteśmy [my mieszkańcy świata wirtualnego] zbyt oryginalni: Skarland to tak naprawdę Hiszpania z jej wszystkimi problemami separatystycznymi (o czym jeszcze będę pisał); Nordia - kraje skandynawskie; Surmenia – Starożytna Grecja. O różnicach w kulturze politycznej między Polską a wirtualem, nie wspominam, każdy potrafi sobie sam odpowiedzieć, czytając obojętnie które forum mikronacyjne. Ale czy to źle, że świadomie (lub i nie) nawiązujemy do reala? Nie! Gdybyśmy chcieli wszystko stworzyć “od nowa”, tak po swojemu, potrzebowalibyśmy co najmniej czterdziestu wieków historii i paru miliardów ludzi – niewykonalne! Wyobraźnia jednej, czy najwyżej kilkudziesięciu osób, tego nie ogarnie. Wystarczy spojrzeć na kolejne jojonacje, które starają się utrzymać, z jednej strony, jako struktury dość proste (patrz słynna już Konstytucja Parlandii), a z drugiej odcinając się w jakiś sposób od świata dobrze znanego i poznanego. Dlatego przegrywają. Tworzą się dziwne, a przede wszystkim obce twory. Gorzej, jeśli dotyka to już istniejące państwa, w wyniku różnie pojętych “reform”. By zachęcić do siebie mieszkańców, nie można odcinać się od czegoś, co jest znane z doświadczenia. No właśnie. XIX wiek przyniósł realizm literacki – świat znany z doświadczenia opisany w powieści. Może czas najwyższy zaakceptować, że żyjemy w porządku “realizmu świata wirtualnego” i wszystko, co dzieje sie “tutaj” (w internecie), jest spowodowane tym, co znane “stamtąd” (ze świata realnego).

A teraz po przydługawym wstępie, przez który mam nadzieje przebrnęliście, przejdę do rzeczy. Od kilku dobrych lat podróżuję w różne miejsca Zjednoczonej Europy… (gryzę się w język, bo nie wiem czy to dobre słowo)… w różne miejsca Unii Europejskiej i widzę, że idea państw narodowych połączonych unią nie wszystkim się podoba. A dlaczego gryzę się w język? Bo “zjednoczenie” niesie z sobą ładunek pozytywny, a nie wszyscy takiego “łączenia” w ramach innych krajów chcą. Teraz zastanawiacie się pewnie, co do tego ma świat wirtualny. Odpowiedź już za chwilę.

Krajem, w którym narastają ciągle tendencje niepodległościowe poszczególnych regionów, jest choćby Hiszpania. Katalończycy. Wg Statutu Katalonii stanowią oni osobny naród. Do 2006 roku byli uznawani przez samych siebie za narodowość w ramach nacji hiszpańskiej. Z tego powodu przez Hiszpanów uznawani są za nacjonalistów. W gruncie rzeczy nie bez powodów, bo wielu katalońskich polityków głośno mówi o chęci zerwaniu zależności Barcelony od Mardytu. Powodów, dla których miała by powstać niepodległa Katalonia jest wiele: gospodarka, z której w dużej części utrzymują się mniej zamożne części kraju, odrędna historia, kultura, język i ambicje. Idąc dalej jest Kraj Basków. O ile w przypadku Katalończyków możnaby (choć z mizernym skutkiem) dyskutować, czy są tylko narodowością czy już narodem, to w przypadku Basków nie ulega to najmniejszej wątpliwości. Żądania niepodległości są o tyle uzasadnione, że Baskowie w żadnym stopniu nie są podobni do współczesnych Celtyberów. Posługują się językiem własnym językiem, którego nawet nie można próbować zrozumieć mówiąc po hiszpańsku (co w przypadku katalońskiego jest jak najbardziej możliwe). Problemem dla Hiszpanii jest droga, którą Baskowie chca wybić się na niepodległość. ETA – Euskadi Ta Askatasuna - Baskonia i Wolność. Grupa terrorystyczna atakująca od 1959 aż do 2010 roku, która w walce o słuszną sprawę zabiła 825 niewinnych osób. A co ma do tego Skarland? Otóż co jakiś czas słychać tam o jakimś przewrocie, nowych i cofniętych autonomiach, zamachach oraz ogłaszaniu niepodległości przez kolejne części składowe Królestwa. Ale tu nasuwa się pytanie. To autentyczny nacjonalizm czy tylko próba zwrócenia na siebie uwagi? Tu należało by się powołać na animozje między mieszkańcami, których w gruncie rzeczy nie jest zbyt wielu.

Ale problem personalnych żalów i sporów o byle głupstwo, to problem wielu krajów. Takie “różnice zdań” łatwo udało się ukryć za zasłoną nacjonalizmu. Gdzie? W Monarchii Austro-Węgierskiej. W tym miejscu trzeba sięgnąć do historii tej realnej i wirtualnej. Więc chronologicznie i skrótowo. Węgrzy zawsze obawiali się germanizacji ze strony Austriaków, a w zamian za lojalność wobec Króla Węgierskiego (będącego jednocześnie Cesarzem Austrii), mogli liczyć na uprzywilejowaną pozycję na wschód od Litawy (rzeki rozgraniczającej dwie części państwa). Gdyby nie ten przywilej Węgrzy staliby się mniejszością we własnym “do niedawna” kraju. Teraz słowo o historii wirtualnej. Przed wyborami do Izby Poselskiej na Węgrzech parę miesięcy temu do Budapesztu przeprowadziła się grupa austriackich poltyków o poglądach odmiennych od posłów poprzedniej kadencji. Natychmiast zostali oni skrytykowani. Teraz, gdy poprzedni posłowie wrócili do gry w parlamencie, skierowano projekt ustawy zakazującej ubiegania się o miejsce w Izbie Poselskiej, szlachcie austriackiej i osobom silnie związanym z Austrią, a jednocześnie kilka tygodni wcześniej ci sami posłowie gorączkowo protestowali przeciwko zakazowi łączenia funkcji Prezesa Sądu Najwyższego z Prezydentem Ministów, co jest znacznie bardziej niebezpieczne i nie bez powodu zakazane w ustroju demokratycznym. Wcześniejszych przykładów na budowanie narodowościowego napięcia też jest wiele. Ten rodzaj nacjonalizmu, nie ma podłoża odrębności narodowej, ma źródło w niechęci do konkretnych osób, co można zakryć kotarą historycznych zaszłości.

Wszystko sprowadza się do tego, że na przykładzie Hiszpanii, a także wirtualnych Węgier, można stwiedzić, że wiele państw nie jest w stanie dłużej funkcjonować w ramach obecnych granic. O ile rozbicie Hiszpanii jest prawdopodobne, o tyle trudno sobie wyobrazić wirtualne rozerwanie Węgier od Austrii. Można tu jeszcze przywoływać Belgię, Irlandię Północną, Północne i Południowe Włochy, a nawet Czechy i Morawy. Kwestia Górnego Śląska w aspekcie Europy Regionów też pozostaje otwarta. Ludzie w coraz większym stopniu (z różnych pobudek) działają globalnie, ale myślą lokalnie. Tak! Wbrew temu, co ostatnimi czasy zwykło się propagować. Unia Europejska, a raczej jej kraje, skazane są na choćby częściowe poluzowanie więzów z centralą. Ale idzie za tym pewne niebezpieczeństwo. Władza może zostać oddana w ręce skrajnych nacjonalistów. Dlatego zadaniem każdego z rządów (realnych i wirtualnych) jest budowanie powiązań nie tylko kulturowych i prawnych, ale przede wszystkim gospodarczych, by były one korzystkiejsze od niepodległościowych ambicji. W obliczu tego problemu, budowanie jednolitego Państwa Europejskiego jest niemożliwe i niewykonalne. Powszechną tendencją jest decentralizacja władzy, skądinąd porządana przez wiele czynników determinowanych wewnętrznie i zewnętrznie. Mówiąc obrazowo: nikt nie chce by rząd złożony z obcych ludzi, znajdujący się kilkaset kilometrów stąd, decydował o tym co dzieje się na naszym podwórku.

Informacje o nonkonformistapowszechny

Specjalista od niechcianych zachowań

Posted on 13 Wrzesień 2011, in real z wirtualem. Bookmark the permalink. 2 komentarzy.

  1. Markus Vilander

    Świetny artykuł. Cieszę się, że ktoś zdecydował się na porównanie państw realnych do wirtualnych. Można wyciągnąć fascynujące wnioski z tego artykułu, co daje prawdziwy obraz owych krajów.

    Gratuluję pomysłu na artykuł. :-)

  2. “Wyobraźnia jednej, czy najwyżej kilkudziesięciu osób, tego nie ogarnie.”

    To nie jest tylko kwestia wyobraźni. Nawet największy umysł może stworzyć swój własny świat, lepszy lub gorszy, ale zawsze będzie on bazował na tym, co znamy – bo po prostu opieramy się na pewnych schematach, procesach myślowych i tym podobnych rzeczach. Super wyobraźnia nie wystarczy, kiedy “już wszystko było”.

    “Wystarczy spojrzeć na kolejne jojonacje, które starają się utrzymać, z jednej strony, jako struktury dość proste (patrz słynna już Konstytucja Parlandii), a z drugiej odcinając się w jakiś sposób od świata dobrze znanego i poznanego.”

    Z tym na pewno się nie zgodzę – przeciwnie, yoyonacje zamiast szukać gdzieś w świecie realnym większej lub mniejszej inspiracji, są chamską kalką z Polski i jej realiów, przyprawioną jedynie czasami lekkimi zmianami nazewnictwa. Moim zdaniem jest wręcz odwrotnie – yoyonacje opierają się przede wszystkim na świecie dobrze znanym, nie wyszukując niczego ponadto. Żeby poruszać się w politycznych realiach Polski wystarczy poczytać przez jakieś dwa tygodnie (góra miesiąc) jakąś gazetę, oglądać wiadomości i się tym interesować. Yoyonacje w tym sensie niczym nie różnią się od gier forumowych.

    “Może czas najwyższy zaakceptować, że żyjemy w porządku „realizmu świata wirtualnego” i wszystko, co dzieje sie „tutaj” (w internecie), jest spowodowane tym, co znane „stamtąd” (ze świata realnego).”

    A czy nie zaakceptowano już tego? :-)

    “państw narodowych połączonych unią nie wszystkim się podoba”

    Także i mi – unia jako zjednoczenie jest ok, zwłaszcza w kontekście np. austro-węgierskim, ale państwa narodowe są złe :-) .

    “są tylko narodowością czy już narodem”

    Są tym, za kogo się uważają :-) . Jeżeli duża liczba ludzi na danym terenie odczuwa taką wspólnotę narodową, to jest ona narodem, niezależnie od przepisów. Pewnie, mogę sobie wymyślić Naród Podkarpacian, ale dopóki nikt tego szerzej nie poprze, dotąd tego narodu de facto nei będzie.

    “Ale tu nasuwa się pytanie. To autentyczny nacjonalizm czy tylko próba zwrócenia na siebie uwagi? Tu należało by się powołać na animozje między mieszkańcami, których w gruncie rzeczy nie jest zbyt wielu.”

    To jest kwestia przyjętej narracji, tak sądzę. Jeżeli twórcy Skarlandu (załóżmy) sami kreowali swój kraj na miejsce trochę niestabilne, z tendencjami do secesjonizmu, to w końcu ludzie, którzy przychodzą do Skarlandu, podchwycają temat i żyje on własnym życiem – i faktycznie staje się autentycznym nacjonalizmem. Tak samo jest u nas z Węgrami czy w Sarmacji z Teutończykami – Austriacy czy “Starosarmaci” czują się po prostu związani z całym państwem, a Węgrzy czy Teutończycy – ze swoim krajem w ramach tej wspólnej ojczyzny. O ile teutonizm napędzany był przez samych teutończyków, o tyle węgierski nacjonalizm był niejako założeniem państwa, niedawno stał się elementem prawa, gdzie praktycznie wpisano do węgierskiej konstytucji madziaryzację.

    “Ale problem personalnych żalów i sporów o byle głupstwo, to problem wielu krajów. Takie „różnice zdań” łatwo udało się ukryć za zasłoną nacjonalizmu. Gdzie? W Monarchii Austro-Węgierskiej. W tym miejscu trzeba sięgnąć do historii tej realnej i wirtualnej. Więc chronologicznie i skrótowo. Węgrzy zawsze obawiali się germanizacji ze strony Austriaków, a w zamian za lojalność wobec Króla Węgierskiego (będącego jednocześnie Cesarzem Austrii), mogli liczyć na uprzywilejowaną pozycję na wschód od Litawy (rzeki rozgraniczającej dwie części państwa). Gdyby nie ten przywilej Węgrzy staliby się mniejszością we własnym „do niedawna” kraju. Teraz słowo o historii wirtualnej. Przed wyborami do Izby Poselskiej na Węgrzech parę miesięcy temu do Budapesztu przeprowadziła się grupa austriackich poltyków o poglądach odmiennych od posłów poprzedniej kadencji. Natychmiast zostali oni skrytykowani. Teraz, gdy poprzedni posłowie wrócili do gry w parlamencie, skierowano projekt ustawy zakazującej ubiegania się o miejsce w Izbie Poselskiej, szlachcie austriackiej i osobom silnie związanym z Austrią, a jednocześnie kilka tygodni wcześniej ci sami posłowie gorączkowo protestowali przeciwko zakazowi łączenia funkcji Prezesa Sądu Najwyższego z Prezydentem Ministów, co jest znacznie bardziej niebezpieczne i nie bez powodu zakazane w ustroju demokratycznym. Wcześniejszych przykładów na budowanie narodowościowego napięcia też jest wiele. Ten rodzaj nacjonalizmu, nie ma podłoża odrębności narodowej, ma źródło w niechęci do konkretnych osób, co można zakryć kotarą historycznych zaszłości.”

    I tak, i nie. Z jednej strony – faktycznie widać kwestię wzajemnej niechęci w obecnym momencie. Z drugiej – gdyby sięgnąć głębiej, do czasów gdy istniały (teraz znów będą istnieć) osobne rządy Austrii i Węgier, to można ten okres scharakteryzować jako jedna wielka kłótnia między tymi krajami – i co ciekawe: kłótnia, która nie zaczynała się od niechęci personalnej szefów rządów. Zaczęła się właśnie od rywalizacji, kiedy to Węgry wystartowały z pozycji nieco słabszej.

    Dziś faktycznie różnie można to rozpatrywać, niemniej jednak nawet w konstytucji węgierskiej znajduje uznanie węgierska tożsamość narodowa, o czym już wspomniałem. Poza tym, nawet w historycznych Austro-Węgrzech, Węgry i węgierscy politycy kierowali się często własnym egoizmem, nie patrząc na całość kraju – i tu należy wspomnieć zarówno Andrassy’ego, jak i Tiszę – bardzo często realizowały się czyjeś własne rojenia i pomysły :-) . Dlatego nawet, gdyby nasi najaktywniejsi Węgrzy byli oskarżani o partykularyzm, to akurat do Węgier bardzo by to pasowało.

    Sądzę też, że nawet jeżeli są to interesy jakiejś grupy ludzi, to lepiej, że realizują się one tworząc coś jednocześnie. Same kłótnie do niczego nie prowadzą. Kłótnie, które za dodatek mają przynależność do jakiejś określonej grupy, mogą zawsze coś rozwinąć :-) .

    Co do incompabilitas – muszę wykazać nieścisłość w artykule. O ile pamiętam, choć mogę się mylić, nie chodzi o C. i K. Prezydenta Ministrów, a o szefów rządów Austrii i Węgier, którzy w mniejszym stopniu są politykami, a w większym – póki co – samorządowcami. Tym bardziej, że w Austrii i na Węgrzech funkcjonują osobne sądy austriacki i węgierski :-) .

    Samo zaś incompabilitas, cóż… często jest właśnie kalką z Polski, tak jak np. zakaz szerzenia nienawiści (zniesiony u nas) i powstawania organizacji wzywających do takowej (także zniesiony). Tak samo, jak kalką są wyroki wydawane np. nie “w imieniu Jego Królewskiej Mości”, a “w imieniu Królestwa Jakiegośtam”.

    “W obliczu tego problemu, budowanie jednolitego Państwa Europejskiego jest niemożliwe i niewykonalne.”

    I bardzo dobrze :-) . Właśnie przykład realnych Austro-Węgier pokazał, że taki organizm jest możliwy, dopóki jest mocny gospodarczo – ale tylko wtedy, kiedy jego istnienie jest czymś “naturalnym”, a nie czymś nowym, tworzonym od zera. Austro-Węgry nie rozpadły się w wyniku porażek militarnych (bo i jakich, skoro walczyliśmy na terytorium wroga?), ale dlatego, że ludy Austro-Węgier przestały odnosić korzyści z tego wielkiego obszaru gospodarczego.

    Na koniec – bardzo dobry artykuł – i mimo, że przyszło mi polemizować z niektórymi tezami, stwierdzam że robiłem to z niezwykłą przyjemnością :-) . Sugerowałbym jednakże zając się w tej kwestii także partykularyzmem teutońskim, a także dawnymi stosunkami gryflandzko-matlandzkimi – no i secesją Solardii od Dreamlandu, być może i podziałem dawnej RSiT. Bo temat jest ciekawy, a widzę że poruszono tylko temat hipotetycznych partykularyzmów (prócz Teutonii), a nie tych, które miały kiedyś miejsce. W każdym razie – oby więcej :-) .

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.